Spojrzałem na Weenę: leżała bez ruchu, uczepiwszy się moich nóg, z twarzą zwróconą ku ziemi. W nagłym przestrachu pochyliłem się nad nią. Zdawało się, iż ledwie oddycha. Zapaliłem kawał kamfory i cisnąłem go na ziemię, a gdy pękając, palił się, odpędzając Morloków i cienie, ukląkłem i podniosłem ją. Las za mną był pełen szmeru i zgiełku licznego tłumu.

Weena robiła wrażenie zemdlonej. Wziąłem ją łagodnie na ręce i podniosłem się, aby iść dalej. Wtedy poznałem straszliwą prawdę. Podczas manipulacji z zapałkami i Weeną, ciągle się obracając, utraciłem kierunek drogi i najmniejszego już nie miałem pojęcia, w którą stronę należy iść. Wiedziałem tylko, że za sobą mam Pałac z Zielonej Porcelany. Zimny pot mnie oblewał. Musiałem prędko obmyślić, co robić. Postanowiłem rozniecić ogień i obozować w tym miejscu, gdzie przystanęliśmy. Złożyłem na murawie Weenę, wciąż jeszcze jakby martwą, i pośpiesznie — jako że pierwszy kawałek kamfory już się dopalał — zacząłem zbierać gałęzie oraz suche liście. Tu i ówdzie świeciły dokoła mnie oczy Morloków jak karbunkuły55.

Kamfora zasyczała i zgasła. Potarłem zapałkę i spostrzegłem, że dwie białe postacie, które zbliżały się już do Weeny, szybko umknęły. Jedną ogień tak oślepił, że pędziła prosto na mnie; czułem, jak kości jej zachrzęściły pod uderzeniem mojej pięści. Usłyszałem żałosny jęk i upadek. Zapaliłem drugi kawałek kamfory i zacząłem zbierać paliwo. Zauważyłem nadzwyczajną suchość gałęzi rosnących na wzgórzu. Od czasu mego przyjazdu na wehikule czasu, czyli od tygodnia, deszcz nie padał ani razu. Zamiast przeto zbierać pośród drzew gałęzie już opadłe, zacząłem podskakiwać w górę i ściągać na dół jeszcze żywe konary z drzew. Bardzo prędko roznieciłem dymiący ogień z zielonych gałęzi i suchego chrustu i mogłem sobie w ten sposób oszczędzić kamfory.

Wróciłem do Weeny, która leżała koło mojej stalowej maczugi. Nie żałowałem wysiłków, aby ją ocucić, lecz ona wciąż była jak martwa. Nie mogłem nawet dla własnego spokoju przekonać się, czy jeszcze oddycha.

Teraz dym szedł prosto na mnie. Pod działaniem jego ociężałem i zacząłem tracić siły. Na domiar złego powietrze było przesycone kamforą. Ognia nie potrzebowałem wcale zasilać przez jakąś godzinę. Czułem się bardzo zmęczony po trudach i usiadłem. A las wciąż był pełen usypiającego szumu, którego nie rozumiałem. Zdawało mi się, że się tylko co zdrzemnąłem, i otworzyłem oczy...

Dokoła ciemność... Morlokowie wyciągają ręce, sięgają po mnie... Odtrącając ruchliwe ich palce, sięgnąłem do kieszeni po zapałki: przepadły! Wtedy obskoczyli mnie po raz drugi. Od razu zrozumiałem, co się stało. Spałem, ogień zgasł... Wielka gorycz śmierci ogarnęła moją duszę. Las pełen był dymu z płonących drzew. Pochwycony za szyję, za włosy i ręce, staczałem się w dół. Było to niesłychanie okropne czuć na sobie w ciemności miękkie, oślizgłe dotknięcia tych istot. Czułem się jakby uwikłany w ogromną pajęczynę. Byłem zmożony: upadłem. Czułem drobne ząbki kąsające mnie w szyję. Gdy się przewróciłem, ręka moja, kiedym padał, dotknęła stalowego drąga. To mi dodało siły. Podjąłem walkę na nowo: strącałem z siebie te ludzkie szczury i, silnie ująwszy żelazo, waliłem tam, gdzie, sądziłem, znajdują się ich łby. Czułem, jak ciała i kości ustępują pod moimi ciosami. W ciągu minuty byłem już oswobodzony.

Opanowało mnie dziwne podniecenie, jakie często towarzyszy zaciętej bitwie. Widziałem, że oboje z Weeną jesteśmy zgubieni, lecz powiedziałem sobie, że Morlokowie muszą drogo zapłacić za mięso. Oparłem się o drzewo i wywijałem przed sobą stalowym drągiem. Cały las był pełen szmerów i krzyków. Upłynęła minuta. Głosy ich podnosiły się w najwyższym podnieceniu, a ruchy stawały się szybsze. Naraz nie było już żadnego wkoło mnie na odległość ramienia. Stałem, wpatrując się w mrok. Wróciła mi nadzieja. Czyżby się przestraszyli? W jednym momencie stała się rzecz dziwna. Ciemność wyraźnie ustępowała. Niejasno zacząłem rozróżniać koło siebie białe postacie — trzech podbiegło mi pod nogi — i z niewypowiedzianym zdziwieniem spostrzegłem, że i inni biegli, płynęli nieustannym potokiem, ile rozpoznać mogłem, z tej części lasu, którą miałem już za sobą, do tej, która mnie jeszcze czekała. Plecy ich wydawały się nie białe, lecz czerwone. Gdy tak stałem z otwartymi ustami, ujrzałem małą czerwoną iskierkę. Przeleciała przez kawałek gwiaździstego nieba wśród gałęzi i znikła. Wówczas właśnie poczułem woń palącego się drzewa, usłyszałem usypiający szmer, który teraz wzrastał w głośny gwar, i zrozumiałem, skąd pochodziło czerwone światełko i dlaczego Morlokowie uciekają.

Odstąpiwszy od drzewa i spoglądając za siebie, ujrzałem płomienie palącego się lasu za ciemną ścianą najbliższych drzew. Było to moje najpierwsze ognisko, które teraz szło za mną. Jednocześnie obejrzałem się, szukając Weeny, ale jej już nie było. Syczenie i trzask poza mną, łoskot pękających drzew, które ogarniał płomień, pozostawiały mi mało czasu do namysłu. A mój stalowy drąg wciąż jeszcze bił, uderzał. Puściłem się za Morlokami. Nędzna to była rasa! Raz płomienie przemknęły tak szybko na prawo ode mnie, że już mnie oskrzydlały, musiałem rzucić się w lewo. W końcu jednak wydostałem się na niewielką polanę leśną i w tej chwili jakiś Morlok, biegnąc na oślep, natknął się na mnie, odbił się i wpadł w ogień.

Wówczas uderzył mnie widok jeszcze dzikszy, najstraszniejszy, jak sądzę, ze wszystkiego, co przeżyłem w tej przyszłej epoce świata. Cały przestwór był jasny od blasku ognia jak we dnie. Pośrodku wznosiła się wyżyna czy też pagórek pokryty kolącym głogiem. Dalej ciągnęła się odnoga płonącego lasu z wijącymi się po niej żółtymi językami, okalając przestrzeń jakby ognistym parkanem. Na pagórku stało ze trzystu czy czterystu Morloków, oślepłych od światła i żaru, biegających tu i ówdzie, wpadających na siebie. Z początku nie zdawałem sobie sprawy z ich ślepoty i w szale strachu waliłem wściekle, gdy zbliżali się do mnie, zabijając i kalecząc niejednego. Lecz gdy przyjrzałem się ruchom któregoś z nich, co pełzał pod cierniami, gdy usłyszałem ich jęki — byłem już pewny zupełnej ich bezradności wobec ognia i niedoli i na żadnego więcej ręki nie podniosłem.

Chwilami któryś z nich wpadał wprost na mnie, wzbudzając odrazę, która zmuszała mnie do usunięcia się na bok. Naraz płomienie przygasły i zacząłem się już obawiać, żeby mnie te nędzne istoty nie dostrzegły. Już myślałem rozpocząć walkę, aby ich pozabijać z osobna, lecz ogień ponownie zapłonął jasno, więc powstrzymałem się. Chodziłem po pagórku, na którym się roili; wymijając ich, szukałem jakiegokolwiek śladu Weeny. Ale Weena znikła.