Panna Michonneau śledziła z takim zajęciem najmniejszy ruch Vautrina, że nie wzruszyła się wcale wieścią o wypadku, który wszystkich przeraził.
— Ja jadę z tobą Wiktoryno — mówiła pani Couture.
I obie kobiety wybiegły bez okryć i bez kapeluszy. Przed wyjściem Wiktoryna zalana łzami rzuciła na Eugeniusza wejrzenie, które zdawało się mówić: Nie sądziłam, że szczęście nasze tylu łzami okupić będę musiała!
— Ależ pan jesteś prorokiem, panie Vautrin! — rzekła pani Vauquer.
— Ja wszystkim jestem — odparł Jakub Collin.
— To jednak dziwne! — ciągnęła dalej pani Vauquer, wysnuwając z tego wypadku cały szereg zdań nieznaczących. — Śmierć zabiera nas bez pytania. Młodzi poprzedzają nieraz starych. My, kobiety, szczęśliweśmy z tego względu, że nie podlegamy pojedynkowi; ale za to podlegamy innym chorobom, których nie znają mężczyźni. Musimy wydawać dzieci na świat i przebywać długie słabości. Co to za los dla Wiktoryny! Teraz ojciec musi ją przyznać.
— To dopiero! — rzekł Vautrin patrząc na Eugeniusza — wczoraj nie miała złamanego szeląga, a dziś ma kilka milionów.
— No, panie Eugeniuszu, wiedziałeś pan, gdzie raki zimują — zawołała pani Vauquer.
Przy tych słowach Goriot podniósł oczy na studenta i spostrzegł w jego ręku list zgnieciony.
— Nie skończyłeś pan listu! — zawołał — Cóż to znaczy? Czyż byłbyś nie lepszy od innych?