— Stary samolub! — zawołała pani Vauquer. — Idź, życzę ci, żebyś zdechł jak pies.
— Niechże pani zobaczy, czy nie ma gdzie eteru — rzekła panna Michonneau, która rozpinała z Poiretem odzienie Vautrina.
Pani Vauquer zeszła na dół i panna Michonneau została wreszcie panią placu.
— Dalejże, zdejm mu pan koszulę i przewróć go prędko. Róbże pan coś przecie, oszczędź mi przynajmniej widoku nagości, a to stoisz jak pień — mówiła panna Michonneau do Poireta.
Poiret przewrócił chorego, a panna Michonneau uderzyła go silnie po ramieniu i wnet dwie złowrogie białe litery wystąpiły na tle czerwonym.
— No, zarobiłaś pani łatwo trzy tysiące franków — zawołał Poiret podtrzymując Vautrina, któremu panna Michonneau wkładała koszulę. — Och! jaki on ciężki — powiedział kładąc go na łóżko.
— Cicho. A gdyby tu była kasa? — mówiła żywo stara panna, której oczy badały z chciwością każdy sprzęt w pokoju i zdawały się mury przenikać. — Gdyby to można pod jakimkolwiek pozorem otworzyć to biurko.
— Może by to źle było — zarzucił Poiret.
— Nie, pieniądze skradzione należały do wszystkich, a tym samym nie należą wyłącznie do nikogo — odparła panna Michonneau. — Ale czasu już za mało. Słyszę, że Vauquerowa nadchodzi.
— Oto eter — rzekła pani Vauquer. — Toż dopiero dzisiaj dzień feralny. Boże! Człowiek ten nie może być chory, bo jest biały jak kurczak.