— Jest więc sprawiedliwość boska! — zawołał Eugeniusz.

— Ach! Cóż mu się stało, temu biednemu, kochanemu panu Vautrin?

— To apopleksja — krzyknęła panna Michonneau.

— Sylwio, śpiesz, najdroższa, sprowadź doktora — mówiła wdowa. — Ach! panie Rastignac, biegnijże pan prędko do pana Bianchon; może Sylwia nie znajdzie naszego lekarza pana Grimprel.

Rastignac wybiegł pośpiesznie, szczęśliwy, że może pod jakimkolwiek pozorem wyrwać się z tej okropnej jaskini.

— Dalejże, Krzysztofie, skocz do apteki i poproś, żeby dali cokolwiek od apopleksji.

Krzysztof wyszedł.

— Ojcze Goriot, pomóżcie przenieść go na górę, do jego mieszkania.

Pochwycono wnet Vautrina na ręce, przeniesiono go przez schody i położono na łóżko.

— Ja się państwu na nic nie przydam — rzekł Goriot — pójdę do mojej córki.