— No, jeżeli państwo nie idziecie, to my sobie pójdziemy — zawołał Bianchon.
I wszyscy stołownicy posunęli się zgodnie ku salonowi.
— Moja panno, cóż to znaczy? — zawołała pani Vauquer. — Jam zrujnowana. Nie możesz pani pozostać, bo oni gotowi zrobić tu awanturę.
Panna Michonneau wstała.
— Wyjdzie! — Nie wyjdzie! — Wyjdzie! — Nie wyjdzie! — wołano po kolei. Słowa te wraz z nieprzyjaznym usposobieniem obecnych, które zaczęło się coraz wyraźniej objawiać, zmusiły pannę Michonneau do odwrotu. Przed wyjściem zawierała po cichu jakieś układy z gospodynią.
— Idę do pani Buneaud — powiedziała groźnie.
— Możesz pani iść, gdzie się podoba — odparła pani Vauquer, widząc dla siebie krwawą obelgę w wyborze gospody Buneaud, która z nią wiecznie rywalizowała, a tym samym była jej nienawistna. — Idź panna do Buneaudowej, będą cię tam poić kwaśnym winem i karmić potrawami kupionymi od przekupniów.
Nie mówiąc nic, stołownicy uszykowali się w dwa rzędy. Poiret spoglądał tak czule na pannę Michonneau i tak naiwnie wahał się, czy ma iść za nią, czy pozostać, że stołownicy, uszczęśliwieni z pozbycia się starej panny, nie mogli wstrzymać się od śmiechu.
— Ksi, ksi, ksi, Poiret — zawołał malarz. — Dalej, hopla, hop!
Urzędnik z muzeum zaczął wyśpiewywać w sposób komiczny początek znanej piosenki: