— Dokąd mnie pan wieziesz? — zapytał Rastignac.
— Do twego mieszkania — rzekł ojciec Goriot.
Powóz zatrzymał się na ulicy d’Artois. Stary wyskoczył najpierwszy i rzucił woźnicy dziesięć franków z rozrzutnością wdowca, który o nic nie dba w paroksyzmie dobrego humoru.
— Dalejże, chodźmy — mówił prowadząc Rastignaca przez dziedziniec. Zatrzymali się na trzecim piętrze, u drzwi mieszkania położonego w tylnej części nowego i bardzo ładnego domu.
Ojciec Goriot nie potrzebował dzwonić. Teresa, pokojówka pani de Nucingen, otworzyła im drzwi. Eugeniusz znalazł się w prześlicznym kawalerskim mieszkaniu, które składało się z przedpokoju, niewielkiego saloniku, sypialni i gabinetu z oknem wychodzącym na ogród. Wszystkie sprzęty i ozdoby w saloniku odznaczały się wdziękiem niezrównanym. Delfina siedziała na kanapce przy kominie, na którym palił się ogień; spostrzegłszy Eugeniusza, odrzuciła ekran i wstała na jego spotkanie.
— Trzeba było posyłać po pana — rzekła głosem wzruszonym — bo sam nie chcesz nic zrozumieć.
Teresa wyszła. Student pochwycił Delfinę w objęcia, uścisnął ją żywo i zapłakał z radości. To, co teraz widział, odbijało tak silnie od tłumu wrażeń, które przez cały dzień szarpały mu serce i głowę, że nie mógł zapanować w tej chwili nad rozdrażnieniem nerwowym.
— Już ja wiedziałem, że on cię kocha — szepnął ojciec Goriot, zbliżając się do córki, gdy tymczasem Eugeniusz osunął się bezwładnie na kanapę, niezdolny przemówić, ani pojąć, w jaki sposób odbyło się to ostatnie skinienie łaski czarnoksięskiej.
— Chodźże pan zobaczyć — mówiła Delfina, biorąc go za rękę i wprowadzając do pokoju, w którym dywany, sprzęty i najdrobniejsze szczegóły naśladowały, tylko w mniejszych rozmiarach, wszystko to, co się znajdowało w pokoju Delfiny.
— Brak tutaj łóżka — rzekł Rastignac.