— Tak jest — powiedziała rumieniąc się i ściskając go za rękę.
Eugeniusz spojrzał na nią i pojął, choć tak młody, ile to wstydliwości niekłamanej ukrywa się w sercu kochającej kobiety.
— Należysz do tych istot, które zawsze ubóstwiać potrzeba — szepnęła mu do ucha. — Tak jest, my się tak dobrze rozumiemy, że ośmielam się powiedzieć, co myślę: im bardziej miłość jest gorąca i szczera, tym więcej powinna być ukrywana i osłonięta. Niech żaden człowiek żywy nie wie o naszej tajemnicy.
— O, ja przecie nie będę tym człowiekiem — rzekł ojciec Goriot z wymówką.
— Wiesz przecie, ojcze, że ty znaczysz tyle, co my...
— Ach! Tego tylko pragnąłem. Nie będziecie zwracali na mnie uwagi, nieprawdaż? Ja będę przychodził i wychodził, niby jaki duch dobroczynny, którego nie widzimy, choć jest tuż przy nas. No cóż? Delfineczko, Nineczko, Dedelko! czy nie miałem słuszności, gdym ci mówił: „Jest piękne mieszkanie przy ulicy d’Artois, urządźmy je dla niego.” Tyś nie chciała. Ach! jam ci dał radość tak, jak dałem życie. Ojciec musi zawsze dawać, żeby być szczęśliwym. Dawać zawsze, to znaczy być ojcem.
— Jak to? — zapytał Eugeniusz.
— A tak, ona nie chciała, bała się plotek, jak gdyby dla świata warto było szczęścia się wyrzekać! Zresztą wszystkie kobiety marzą tylko o tYm, żeby postępować tak, jak ona postępuje...
Nikt nie słuchał ojca Goriot; pani de Nucingen wprowadziła Eugeniusza do gabinetu, w którym rozległ się szmer leciuchnego pocałunku. Pokój ten harmonizował z wykwintnością całego mieszkania, w którym nie zbywało na niczym.
— Cóż, czy trafiono panu do gustu? — zapytała Delfina, wracając do salonu, gdzie już stół był nakryty.