— Nie inaczej. Wracałem do domu, odprowadziwszy jednego z mych przyjaciół, który odjechał dyliżansem królewskiego pocztowego zarządu. Spostrzegłszy ojca Goriot przystanąłem, żeby zobaczyć, co to będzie, i byłem świadkiem zabawnej historii. Powróciwszy do naszej dzielnicy, szedł ulicą des Gres aż wstąpił do domu lichwiarza Gobsecka. Trzeba wiedzieć, że ten Gobseck, to porządny łotr, który bez żadnego wahania robiłby tabliczki do domina z kości swego ojca, jakiś Żyd, Arab, Grek czy Cygan, którego niełatwo byłoby okraść, bo umieszcza swoje dukaty w banku.
— To jednak dziwne, co też ten Goriot robi?
— Nic nie robi, a przeciwnie przerabia to, co ma. To głupi niedołęga, co wszystko stracił przez miłość dla kobiet, które...
— Oto i on — rzekła Sylwia.
— Krzysztofie — zawołał ojciec Goriot — pójdź ze mną na górę.
Krzysztof poszedł i powrócił za chwilę.
— Dokąd idziesz? — zapytała go pani Vauquer.
— Posyła mnie ojciec Goriot.
— A to co? — zawołał Vautrin, wyrywając Krzysztofowi list zaadresowany do hrabiny Anastazji de Restaud. — Dokądże idziesz? — zapytał, oddając list Krzysztofowi.
— Na ulicę du Helder. Mam rozkaz oddać to do własnych rąk pani hrabiny.