— Ach, ach, dzień dobry, mamo Vauquer — zawołał, zbliżając się ku gospodyni i ujmując ją czule w ramiona.

— No, no, przestań pan!

— Przestań zuchwalcze, powiedz pani. Proszę, powiedz pani: zuchwalcze. Zechciej pani powiedzieć... Proszę pozwolić, pomogę pani nakryć do stołu. Cóż, grzeczny jestem, wszak prawda?

Jakem się kochał w blondynce, brunecie

Zalecał, wzdychał...

— Widziałem przed chwilą rzecz dziwną.

. . . jak się zdarzyło.

— Cóż takiego? — zapytała wdowa.

— Ojciec Goriot był o wpół do dziewiątej na ulicy Dauphine u złotnika, który kupuje stare srebra i galony. Sprzedał mu jakiś sprzęt stołowy ze srebra wyzłacanego, ale tak nielitościwie zmiażdżony, że trudno uwierzyć, aby tego mógł dokonać człowiek nie fachowy.

— Czy być może?