Rastignac stanął u wezgłowia i podniósł chorego, a Bianchon zdjął z niego koszulę. Stary zrobił ruch, jak gdyby chciał przycisnąć coś do piersi, wydając przy tym żałosne jakieś i niewyraźne okrzyki, przypominające głos zwierząt, które chcą boleść wielką wyrazić.

— Och! och! — zawołał Bianchon — on szuka łańcuszka z włosów i medalionu, któreśmy mu zdjęli przed chwilą, gdy felczer mu plecy przypalał. Biedny człowiek! Trzeba mu je oddać. Leżą tam na kominku.

Eugeniusz wziął w ręce łańcuszek wypleciony z włosów złocistopopielatych; były to zapewne włosy pani Goriot. Z jednej strony medalionu wyryte było imię Anastazja, z drugiej — Delfina. Tak więc człowiek ten nosił zawsze na piersi wierny obraz serca swojego. Włosy zamknięte w medalionie były tak cienkie, że musiały należeć do młodziuchnych główek dziecinnych. Przy dotknięciu medalionu, z piersi starca wyrwało się westchnienie przeciągłe, świadczące o głębokim zadowoleniu. W westchnieniu tym był ostatni oddźwięk uczucia, które zdawało się cofać do owego środka nieznanego, z którego wychodzą i ku któremu zwracają się nasze sympatie. Twarz jego konwulsyjnie skrzywiona, przybrała wyraz radości chorobliwej. Ten wybuch potężnego uczucia, które przetrwało nawet myśl samą, wzruszył do głębi obu studentów; z oczu ich popłynęły łzy gorące i spadły na umierającego, który wydał przeraźliwy okrzyk zadowolenia.

— Naściu! Fifinko! — zawołał.

— Żyje jeszcze — rzekł Bianchon.

— Do czego mu się to zdało? — zapytała Sylwia.

— Żeby cierpieć — odparł Rastignac.

Bianchon ukląkł po jednej stronie łóżka i wziął chorego pod kolana, a Rastignac ukląkł z drugiej strony i podsunął mu ręce pod plecy. Obaj unieśli go w górę, a Sylwia ściągnęła brudne prześcieradła i zastąpiła je czystymi. Goriot, zwiedziony zapewne łzami studentów, zebrał resztki sił i wyciągnął ręce, a napotkawszy dwie głowy po obu stronach łóżka, schwycił je gwałtownie za włosy, przy czym usta jego wyszeptały słabo:

— Ach! Moje anioły!

Były-to niby słowa, niby szmer jakiś, z którym i dusza razem uleciała.