Hrabina ukazała się jak zjawisko pełne grozy i powagi. Zwróciła oczy na łoże śmierci, oświetlone niepewnym blaskiem jednej świecy i zalała się łzami na widok zmienionej twarzy ojca, po której przechodziły jeszcze ostatnie dreszcze życia. Bianchon wycofał się dyskretnie.

— Nie wymknęłam się dość wcześnie — rzekła hrabina do Rastignaca.

Student odpowiedział jej pełnym smutku skinieniem. Pani de Restaud ujęła rękę ojca i przycisnęła ją do ust.

— Przebacz mi, ojcze! Mówiłeś, że głos mój wywołałby cię z grobu; wróć więc, wróć na chwilę do życia, by pobłogosławić twą córkę skruszoną. Usłysz mnie! To coś okropnego! Twoje błogosławieństwo jest jedynym, jakie ja mogę otrzymać tu na ziemi. Wszyscy mnie nienawidzą, ty jeden mnie kochasz. Nawet dzieci własne nienawidzić mnie będą. Uprowadź mnie z sobą, ojcze, ja cię otoczę miłością i staraniem. On już nie słyszy, jam szalona!

Upadła na kolana i patrzyła nań nieprzytomnie.

— Niczego nie brak do mego nieszczęścia — mówiła zwracając się do Eugeniusza. — Pan de Trailles odjechał pozostawiając tu długi ogromne, a ja dopiero teraz się przekonałam, że mnie oszukiwał. Mąż trzyma w ręku cały mój fundusz i nie przebaczy mi nigdy mego postępowania. Pierzchły wszystkie moje złudzenia. Niestety! Dla kogóż zdradziłam jedyne serce — wskazała na ojca — które mnie ubóstwiało! Zapomniałam go, odepchnęłam, wyrządzałam mu krzywd tysiące, o ja niegodziwa!

— On wiedział o tym — wyrzekł Rastignac.

W tej chwili ojciec Goriot otworzył oczy wskutek drgnienia konwulsyjnego. Poruszenie, którym hrabina zdradziła budzącą się nadzieję, sprawiało nie mniej okropne wrażenie, jak wyraz umierającego.

— Miałżeby mnie usłyszeć? — krzyknęła.— Ale nie! — wyrzekła po chwili siadając przy łóżku.

Eugeniusz zostawił panią de Restaud przy ojcu, a sam zbiegł na dół, żeby się trochę posilić. Stołownicy byli już zgromadzeni.