— No, cóż? — rzekł malarz — będziemy mieli podobno małą śmiercioramę tam na górze?
— Karolu — zawołał Eugeniusz — zdaje mi się, że mógłbyś obrać sobie mniej posępny przedmiot do żartów.
— Czy już tu nie wolno będzie się zaśmiać? — zapytał malarz. — Cóż to szkodzi? przecie Bianchon powiada, że stary jest nieprzytomny.
— W takim razie — podchwycił urzędnik z Muzeum — nieborak umrze tak, jak żył.
— Mój ojciec umarł! — krzyknęła hrabina.
Na ten krzyk straszliwy, Sylwia, Rastignac i Bianchon rzucili się na górę. Hrabina leżała zemdlona. Zaczęto ją cucić i przeniesiono do fiakra, który czekał u drzwi gospody. Eugeniusz powierzył hrabinę pieczy Teresy, zalecając, by ją odwiozła do pani de Nucingen.
— O! Teraz już umarł rzeczywiście — rzekł Bianchon schodząc na dół.
— Panowie, siadajmy do stołu, bo zupa ostygnie — zawołała pani Vauquer.
Dwaj studenci siedli obok siebie.
— Cóż teraz zrobimy? — rzekł Eugeniusz do Bianchona.