— Oto i jego ekscelencja markiz de Rastignac, doktor prawa — lewego — zawołał Bianchon, schwyciwszy Eugeniusza za szyję i dusząc go w uścisku. — Oho, są już i inni, oho!

Panna Michonneau weszła z wolna, pozdrawiając obecnych milczącym ukłonem i usiadła obok trzech kobiet.

— Ta stara sowa nabawia mnie zawsze dreszczów — szepnął Bianchon do Vautrina, wskazując na pannę Michonneau. — Trzeba wiedzieć, że ja studiuję system Galla i widzę na jej głowie Judaszowe wypukłości.

— Czyś pan ją znał przedtem? — zapytał Vautrin.

— Któż jej nie spotykał! — odparł Bianchon. — Słowo daję, ta wybladła stara panna przypomina mi owe długie robaki, co zdolne są stoczyć najgrubszą belkę.

— Tak to bywa, młodzieńcze — rzekł czterdziestoletni mężczyzna, głaszcząc faworyty:

Więc róża, żyła tyle, ile żyją róże,

Poranek jeden tylko.

— Ach, ach! oto i wyborna zuporama — zawołał Poiret, na widok Krzysztofa wnoszącego rosół z wielką powagą.

Młodzież wybuchnęła śmiechem.