— Przepraszam — zawołała pani Vauquer — bo to kapuśniak.

— Poiret pobity!

— Poirrrrette pobity!

— Proszę zapisać dwa punkty wygrane mamie Vauquer — rzekł Vautrin.

— Czy kto zauważył, jaką mgłę mieliśmy dzisiaj rano? — zapytał urzędnik.

— Była to — rzekł Bianchon — mgła wściekła i bezprzykładna, mgła ponura, melancholijna, zielona, dusząca, mgła Goriotowska.

— Goriorama — rzekł malarz — gdyż zupełnie zasłaniała światło.

— Hej, milordzie Gâôriotte, tu się mówi o was.

Ojciec Goriot siedział na końcu stołu przy drzwiach, przez które wnoszono jedzenie; zawołany, podniósł głowę, nie przestając wąchać kawałka chleba wyjętego spod serwety było to stare przyzwyczajenie z czasów kupieckich, którego się jeszcze nie pozbył.

— Cóż to takiego? — zabrzmiał cierpko głos pani Vauquer, zagłuszając głośną rozmowę oraz brzęk łyżek i talerzy — czy się panu chleb nie podoba?