Wszyscy obecni parsknęli śmiechem.

— Mój panie — zawołał starzec — jesteś pan kiepskim trefnisiem! Nadal radzę mu powstrzymywać się od podobnych sztuczek, bo...

— Bo co, tatusiu? — przerwał Vautrin.

— Bo kiedyś zapłacisz mi pan za to sowicie...

— W piekle, nieprawdaż? — rzekł malarz — w tym ciemnym kąciku, gdzie się stawia niegrzeczne dzieci.

— Pani nic nie je — rzekł Vautrin do Wiktoryny. — Zapewne ojczulek okazał się nieprzystępnym?

— To okropny człowiek — zawołała pani Couture.

— Warto by nauczyć go rozumu — rzekł Vautrin.

— Pani mogła by wytoczyć proces o artykuły żywności, gdyż wcale nie je — odezwał się Eugeniusz, który siedział niedaleko od Bianchona. — Ach, proszę no spojrzeć, jak ojciec Goriot wpatruje się w pannę Wiktorynę.

Stary zapomniał o jedzeniu i nie spuszczał oczu z twarzy dziewczęcia, napiętnowanej boleścią prawdziwą, boleścią dziecka odtrąconego, które pomimo to nie przestało kochać swego ojca.