— Ach, dzień dobry najdroższa — zawołała idąc na spotkanie księżnej i ściskając jej ręce z takim wylaniem serdecznym, jak gdyby witała siostrę rodzoną.
Księżna odpowiedziała wdzięcznym przymileniem.
— To dwie przyjaciółki serdeczne — rzekł Rastignac do siebie. Będę więc miał odtąd dwie protektorki, obie muszą mieć upodobania jednakie, a więc i ta zajmie się mym losem.
— Jakiejże to szczęśliwej myśli zawdzięczam twą obecność, najdroższa Antonino? — zapytała pani de Beauséant.
— Widziałam właśnie, jak pan d’Adjuda-Pinto wchodził do pana de Rochefide i sądziłam, żeś ty sama jedna.
Pani de Beauséant nie zagryzła ust ani się zarumieniła, oczy jej spoglądały tak jak i przedtem, a czoło zdawało się wyjaśniać, gdy księżna wymawiała złowrogie wyrazy.
— Gdybym wiedziała, żeś zajęta... — dodała księżna zwracając się ku Eugeniuszowi.
— To pan de Rastignac, jeden z mych kuzynów — rzekła wicehrabina. — Czy nie masz wiadomości o jenerale de Montriveau? Sérizy mówiła mi wczoraj, że go wcale nie widać, czy nie był dziś u ciebie?
Powiadano, że pan de Montriveau opuścił księżnę, która była w nim szalenie rozkochana; to też zapytanie przyjaciółki ukłuło ją w serce i odparła zarumieniona:
— Wczoraj był w pałacu Elizejskim.