— Z obowiązku służbowego — dorzuciła pani de Beauséant.
— Musisz już wiedzieć, Klaro — odparła księżna ze wzrokiem błyszczącym złośliwością — że jutro wyjdą zapowiedzi pana d’Adjuda-Pinto i panny Rochefide.
Był to cios zbyt gwałtowny, wicehrabina zbladła i zaśmiała się.
— To plotka, którą się głupcy bawią — odparła. — Czyżby pan d’Adjuda rzucił Rochefidom jedno z najpiękniejszych imion Portugalii? Przecież Rochefidowie to taka świeża szlachta!
— Ale Berta będzie miała, jak mówią, dwieście tysięcy liwrów dochodu.
— Pan d’Adjuda zbyt jest bogaty, aby się miał bawić w podobne rachuby.
— A!
— Ależ, moja droga, panna de Rochefide jest zachwycająca.
— Wreszcie markiz zaproszony dziś do nich na obiad, warunki już są ułożone. Dziwi mnie niezmiernie, że ty wiesz o tym tak mało.
— Jakież to głupstwo popełniłeś pan dzisiaj panie de Rastignac? — zapytała pani de Beauséant. — To biedne dziecko tak niedawno znalazło się na świecie, że nic a nic nie rozumie, co my mówimy, najdroższa Antonino. Odłóżmy ten przedmiot do jutra, zrób to dla niego. Jutro, widzisz, cała ta sprawa będzie już miała charakter urzędowy, i ty będziesz mogła głosić na pewno.