Ojciec Goriot pochwycił w lot wyrazy studenta, tak jak pies zda się chwytać skinienie swego pana.

— Dobrze to być mężczyzną — rzekła pani Vauquer — opływacie panowie jak pączki w maśle i robicie wszystko, co się wam podoba.

— Jak pan wróciłeś do domu? — zapytał Vautrin.

— Piechotą — odparł Eugeniusz.

— Co do mnie — rzekł kusiciel — nie zadowalałbym się półprzyjemnościami; chciałbym pojechać powozem, przepędzić wieczór we własnej loży i wygodnie powrócić do domu. Wszystko lub nic, to moja zasada.

— Bardzo chwalebna — rzekła pani Vauquer.

— Czy nie pójdziesz pan do pani de Nucingen? — rzekł Eugeniusz z cicha do Goriota. — Jestem pewien, że przyjmie dziś pana z otwartymi rękoma, bo zechce dowiedzieć się tysiąca drobnych szczegółów dotyczących mojej osoby. Wiadomo mi, że pani Delfina oddałaby wszystko w świecie, żeby tylko być w domu kuzynki mojej, wicehrabiny de Beauséant. Otóż nie zapomnij pan powiedzieć baronowej, że ja zrobię wszystko, co będzie w mojej mocy, żeby spełnić jej życzenie.

Rastignac odszedł pośpiesznie do Szkoły Prawa, pragnął bowiem jak najmniej czasu spędzać w tym wstrętnym domu. Cały dzień prawie błąkał się bez celu, dręczony tą gorączką głowy, której doznaje młodzież oddająca się zbyt wybujałej nadziei. Przechadzał się właśnie po ogrodzie Luksemburskim, zatopiony w głębokich rozmyślaniach o życiu społecznym, na które naprowadziło go rozumowanie Vautrina, gdy spotkał się oko w oko z Bianchonem.

— Skądżeś to wziął tę minę poważną? — zapytał student medycyny, biorąc go pod ramię i idąc z nim w stronę pałacu.

— Dręczą mnie myśli niedobre.