— Posłuchaj mnie pani — rzekł Rastignac — błagam cię, powiedz mi swoje zmartwienie. Chcę dać dowód, że kocham cię tylko dla ciebie samej. Albo powierzysz mi swe troski, które ja rozproszę, choćbym miał sześciu ludzi zabić dla ciebie, albo pójdę stąd i nie wrócę więcej.

— Dobrze więc! — zawołała z myślą rozpaczliwą i uderzyła się w czoło. — Za chwilę wystawię pana na próbę. Tak — rzekła do siebie. — Nie ma już innego środka!

Zadzwoniła.

— Czy powóz pana barona zaprzężony? — zapytała kamerdynera.

— Tak jest.

— Ja go biorę, panu baronowi dacie mój powoź i moje konie. Obiad będzie dopiero o siódmej.

— Chodźże pan, proszę — rzekła do Eugeniusza, który me rozumiał sam, czy we śnie, czy na jawie, jedzie z baronową powozem pana de Nucingen.

— Do Palais-Royal — zawołała na woźnicę — koło Teatru Francuskiego.

W drodze zdawała się wzburzona i nie chciała odpowiadać na zapytania Eugeniusza, który nie mógł pojąć, co znaczy ten opór niemy, zacięty i nieczuły.

— Ona wymknie mi się za chwilę — mówił do siebie.