Powóz się zatrzymał; baronowa powstrzymała jednym spojrzeniem nierozważne słowa studenta, który zaczynał się unosić.
— Czy pan mnie szczerze kochasz? — zapytała.
— Szczerze — odpowiedział, starając się ukryć ogarniający go niepokój.
— Nie pomyślisz o mnie nic złego, o cokolwiek bądź będę cię prosiła?
— Nie.
— Gotów żeś być mi posłusznym?
— Bez wahania.
— Czyś pan był kiedy w domu gry? — spytała drżącym głosem.
— Nigdy.
— Ach! oddycham. Szczęście panu posłuży. Oto moja kieska — mówiła baronowa. — Weź ją pan, proszę! jest w niej sto franków, to jest całe mienie kobiety, której ludzie szczęścia zazdroszczą. Idź pan z tym do domu gry. Nie umiem wskazać drogi, wiem tylko, że gdzieś w Palais-Royal. Spróbuj pan gry, zwanej ruletą, ryzykuj te sto franków i przegraj wszystko lub przynieś mi sześć tysięcy franków. Za powrotem opowiem przyczynę mego zmartwienia.