— Jam zawsze wesół, gdy robię dobre interesy.
— Interesy? — zagadnął Eugeniusz.
— A no, tak! dostawiłem transport towarów, za co dostanę dobre porękawiczne. — Panno Michonneau — zawołał, widząc, że stara panna przygląda mu się z uwagą — czy w mej twarzy jest jaki rys, co się pani me podoba, że spoglądasz pani na mnie takim amerykańskim okiem. Proszę powiedzieć! Ja się odmienię, byle tylko przypodobać się pani.
— A co na to powie Poiret? Cóż, nie będziemy się gniewali? — dodał, mrugając na starego urzędnika.
— Słowo daję, pan powinien byś pozować na Herkulesa-Trefnisia! — rzekł malarz do Vautrina.
— Czemu nie? zgoda, jeżeli panna Michonneau zechce pozować na Wenerę z Pere-Lachaise — odparł Vautrin.
— A Poiret? — zagadnął Bianchon.
— O, Poiret będzie pozował na Poireta. To będzie bóg ogrodów! — zawołał Vautrin. — On pochodzi od gruszki...
— Miękkiej! — podchwycił Bianchon. — W takim razie pan będziesz pomiędzy gruszką a serem.
— Wszystko to są brednie — rzekła pani Vauquer. — Ot, wolałbyś pan potraktować nas winem Bordeaux, bo widzę właśnie butelkę, która wysadza swą główkę. Wino będzie nas utrzymywało w dobrym humorze, a przy tym to tak zdrowo na żołondek.