— Teraz muszę wstąpić tam — rzekł lekarz ukazując Genestasowi miejsce zarośnięte wiązami. Drzewa te mają już około dwustu lat — dodał. — Mieszka tam kobieta, do któréj mnie wczoraj od obiadu wezwał chłopak, mówiąc, że zrobiła się białą jak płótno.
— Czy to co niebezpiecznego?
— Nie — odparł Benassis — jest-to skutek ciąży w ostatnim jéj miesiącu. W tym peryodzie, niektóre kobiety podlegają częstym spazmom. Dla wszelkiéj jednak ostrożności muszę zajść do niéj i dowiedziéć się, czy co nowego nie zaszło. Sam będę przy jéj rozwiązaniu. Zresztą, za jednym zachodem pokażę tam panu nową gałąź naszego przemysłu, to jest cegielnię. Droga tak piękna, możebyśmy przegalopowali kawałek, co?
— Chętnie, czy tylko koń pański nadąży mojemu — rzekł Genestas i cmoknął: — Hola! Neptun!
I w mgnieniu oka dzielne zwierzę uniosło kapitana o jakie sto kroków w tumanie kurzawy, ale mimo całéj jego szybkości Genestas słyszał wciąż lekarza tuż przy sobie. Benassis cmoknął na swego wierzchowca i wyprzedził komendanta, który się z nim zrównał dopiéro przy cegielni, w chwili gdy lekarz przywiązywał najspokojniéj konia do słupa.
— A niech pana dyabli porwą! — wykrzyknął Genestas, patrząc na prawie wcale nie spoconego rumaka Benassisa. Jakiegoż masz pan wiatronoga!
— A! — odparł śmiejąc się lekarz — a pan go wziąłeś za byle-jaką szkapinę. Na ten raz historya tego pięknego zwierzęcia za wiele-by nam czasu zajęła; dość panu wiedziéć, że Rustan — to prawdziwy barbaryjczyk z Atlasu. A koń z Barbaryi wart najdzielniejszego arabczyka. Mój galopuje przez góry nie zwilżywszy nawet sierści i pewną nogą stąpa nad przepaściami. Dostałem go w podarunku, bardzo zresztą zasłużonym, od pewnego ojca w zamian za życie jego córki, jednéj z najbogatszych dziedziczek Europy, którą spotkałem umierającą w drodze do Sabaudyi. Gdybym panu powiedział, w jaki sposób ją wyleczyłem, wziąłbyś mnie za szarlatana. Ale, ale... słyszę dzwonki koni i turkot wozu, zobaczmy, czy to nie Vigneau przypadkiem. Radzę panu spojrzéć na niego uważnie.
Wkrótce komendant ujrzał cztery rosłe konie w uprzęży, zdradzającéj zamożność i zamiłowanie porządku u właściciela.
W dużym wozie pomalowanym na niebiesko siedział pucołowaty chłopak i trzymając bicz jak strzelbę przy ramieniu, gwizdał sobie przez zęby.
— Nie, to nie Vigneau — rzekł Benassis. — Ale uważaj pan, jak dobrobyt pana odbija się na wszystkiém, nawet na tym wozie. Nie jest-że to oznaką inteligencyi przemysłowéj, dość rzadkiéj po wsiach?