— Coś nadzwyczajnego jest w téj dziewczynie — rzekł Genestas do Benassisa, gdy się już znacznie od domu oddalili.

— Nieprawdaż? — odpowiedział lekarz. — Ze sto razy powtarzałem sobie, że byłaby z niéj najmilsza w świecie żona, ale nie mógłbym kochać ją inaczéj jak siostrę lub córkę, serce moje już zamarło.

— Któż są jéj rodzice? czy żyją jeszcze? — zagadnął komendant.

— A! to cała historya — odparł Benassis. — Nie ma ona już ani ojca, ani matki, ani nikogo z krewnych. Gabrynia urodziła się w miasteczku. Ojciec jéj, wyrobnik z Saint-Laurent du Pont, nazywał się Grabiec zapewne przez odmianę grabarza, bo od niepamiętnych czasów smutny obowiązek chowania umarłych dziedzicznym był w jego rodzinie. Wyrobnik ten ożenił się z miłości z pokojówką, nie wiem już jakiéj hrabiny, któréj posiadłość o kilka mil od miasteczka leży. Tutaj, jak wszędzie po wsiach, uczucie przy zawieraniu małżeństw gra bardzo podrzędną rolę. Zazwyczaj wieśniak żeni się dlatego, aby miéć dzieci i gospodynię w domu, która-by mu gotowała obiad, nosiła go w pole, przędła i naprawiała odzież. Oddawna téż podobny wypadek nie zdarzył się tutaj, gdzie często młodzieniec porzuca swoję narzeczoną dla drugiéj bogatszéj od niéj o jakie parę morgów gruntu. Los Grabca i jego żony nie był tak szczęśliwym, by mógł odzwyczaić naszych Delfińczyków od wyrachowania w żenieniu się. Grabcowa, która była bardzo piękną, umarła przy urodzeniu córki. Mąż tak się zmartwił tą stratą, że tegoż samego roku w grób się położył nie zostawiając swemu dziecku nic zgoła prócz życia, a i to bardzo wątłe i niepewne było. Jakaś litościwa sąsiadka zajęła się biedną Gabrynią i chowała ją do lat dziesięciu. Gdy jednak coraz trudniéj przychodziło jéj żywić podrastającą dziecinę, wysłała ją żebrać na drodze, bo właśnie była-to pora, kiedy najwięcéj podróżnych snuje się w tych stronach. Pewnego dnia, sierotka poszła prosić o kawałek chleba do pałacu hrabiny, gdzie ją przez pamięć matki zatrzymano. Tam przez długi czas biedna mała, mająca zostać pokojówką córki pani domu, która w pięć lat potém za mąż wyszła, była ofiarą fantazyi magnatów. Dobroczynność tych ludzi po większéj części żadnéj rękojmi nie przedstawia; zmienną jest i kapryśną jak oni, którzy naprzemian miłosierni, przyjacielscy, despotyczni i wymagający pogorszają i tak opłakane położenie nieszczęśliwych dzieci, łasce ich powierzonych, i bawią się z ich życiem, sercem i przyszłością uważając je za rzecz małéj wagi. Gabrynia stała się z początku prawie towarzyszką młodéj dziedziczki; nauczono ją czytać, pisać, a przyszła pani nieraz dla zabawy uczyła ją grać na fortepianie. I tak naprzemiany będąc pokojówką i panną do towarzystwa stała się jakąś niekompletną, do życia nieurobioną istotą. Nabrała upodobania w zbytku, w strojach, przyzwyczaiła się do warunków, zupełnie z jéj rzeczywistém położeniem niezgodnych. Wprawdzie, późniejsze nieszczęścia przekształciły ją w ostréj swojéj szkole, ale nie zdołały zatrzéć w niéj nieokreślonego poczucia, że jest do lepszéj stworzona doli. Wreszcie, pewnego dnia, dnia bardzo smutnéj pamięci dla biednéj dziewczyny, młoda hrabina zastała Gabrynię, która już wtedy tylko jéj pokojówką była, jak ustrojona w jéj balową suknię tańczyła przed lustrem. Biedna sierota, podówczas szesnastoletnia, została wydaloną bez litości, a nie umiejąc sobie poradzić, cierpiała nędzę, błąkała się po gościńcach, żebrała i pracowała naprzemiany, jak to już panu mówiłem. Często chciała się rzucić do wody, lub oddać pierwszemu lepszemu; zazwyczaj kładła się na słońcu pod murem i leżała tak nieruchoma, milcząca z głową ukrytą w trawie; wtedy podróżni rzucali jéj trochę drobnéj monety być może dlatego, że ich o to nie prosiła. Rok cały przeleżała w szpitalu Annecy, odchorowawszy ciężko żniwa, podczas których pracowała w nadziei, że sobie tém śmierć przyśpieszy. Potrzeba słyszéć, jak ona sama opowiada swoje uczucia i myśli w téj epoce życia; naiwne jéj zwierzenia wiele mają w sobie wdzięku i żywe budzą zajęcie. Wróciła do miasteczka właśnie wtedy, gdy zamierzałem się w niém osiedlić. Pragnąłem poznać moralną stronę mojéj gminy, Gabrynia była jéj dzieckiem, zacząłem więc badać jéj charakter, który mnie niepospolitością swą uderzył, a przekonawszy się o wadliwości jéj fizycznego ustroju, postanowiłem wziąć w opiekę to biedne stworzenie. Być może, iż z czasem przyzwyczai się do jakiéj pracy, choćby do szycia; ale w każdym razie los jéj już jest zapewniony.

— To źle tylko, że mieszka tak zupełnie sama — zauważył Genestas.

— Nie zupełnie, jedna z moich pasterek przychodzi do niéj na noc — odpowiedział lekarz. — Niedaleko jéj domku trochę wyżéj w górę leży jeden mój folwark; nie mogłeś pan widziéć jego zabudowań, bo zasłaniają je jodły. O! bezpieczną ona tu jest zupełnie! Zresztą, Bogu dzięki, nie masz urwisów w naszéj dolinie, a jeżeli się jaki znajdzie, posyłam go do wojska, i bywa z niego doskonały żołnierz.

— Biedne dziewczę! — rzekł Genestas.

— O! ludzie tutejsi nie ubolewają nad nią wcale — przemówił Benassis — przeciwnie uważają ją za bardzo szczęśliwą; ale pomiędzy nią a innemi kobietami zachodzi ta różnica, że tamtym Bóg dał siłę, a téj słabość, lecz oni tego nie widzą.

W chwili, gdy obaj jeźdźcy wyjeżdżali na główny gościniec do Grenobli wiodący, Benassis przewidując, jakie wrażenie ten nowy widok na Genestasie sprawi, zatrzymał konia, by się jego podziwem nacieszyć. Dwa olbrzymie pasy zieloności rozciągały się jak oko zasięgnie po obu stronach drogi szerokiéj, czystéj jak ogrodowa aleja, uwieńczonéj dwoma rzędami pysznych włoskich topoli, których nie strzyżone korony splatały się z sobą w górze tworząc wspaniałe wiszące, szmaragdowe festony. Jedna strona drogi, już cieniem wieczornym osłonięta, wyglądała jak obszerna ściana czarnych liści, podczas gdy druga, silnie oświetlona zachodzącém słońcem, które młodym płonkom złotawą nadawało barwę, mieniła się w fantastycznych grach świateł i cieni.

— O! jak pan musisz być szczęśliwym! — wykrzyknął Genestas. — Gdziekolwiek spojrzysz, wszędzie źródło pociechy i zadowolnienia odkrywasz...