— Nie mogę. Już i tak jestem jakby pijany.
— Kiedyż więc mi go przywieziesz?
— Choćby jutro. Jest on już od dwóch tygodni w Grenobli.
— Dobrze zatém. Jedź pan jutro rano do Grenobli i powracaj, oczekiwać cię będę u Gabryni i zjemy u niéj śniadanie we czworo.
— Niech i tak będzie — odparł Genestas.
Obaj przyjaciele udali się na spoczynek, życząc sobie nawzajem dobréj nocy. Przedtém jednak, gdy Benassis wchodził już do swego pokoju, Genestas postawił świecę na oknie w sieni i zbliżył się do lekarza.
— Do pioruna — zawołał z naiwném uniesieniem — nie rozstanę się z panem nie powiedziawszy ci, iż jesteś trzecim z kolei człowiekiem, który mi dał do zrozumienia, że tam w górze jest cóś! I ukazał ręką niebo.
Benassis odpowiedział na to tylko pełnym melancholii uśmiechem i ścisnął serdecznie dłoń, którą mu Genestas podawał.
Nazajutrz jeszcze przed świtem komendant pojechał do Grenobli, a około południa był już z powrotem na gościńcu wiodącym z miasta ku górze, na któréj mieszkała Gabrynia. Genestas jechał tym razem nie konno lecz w wózku o czterech kołach, odkrytym i lekkim, w jednego konia zaprzężonym, jakich pełno spotyka się w górzystych tych okolicach. Towarzyszył mu chłopiec chudy i wątły, wyglądający na lat dwanaście najwyżéj, choć już szesnasty rok zaczynał. Zanim wysiedli, Genestas obejrzał się dokoła, w nadziei iż ujrzy jakiego wieśniaka, któryby się podjął odprowadzić wózek do domu Benassis’a; ścieżka bowiem prowadząca do mieszkania Gabryni była tak wazką, że podjechać nią było niepodobna Przechodzący przypadkiem stróż polowy wybawił z kłopotu komendanta, który wraz z przybranym swoim synem zaczął się wspinać piechotą ku miejscu schadzki z lekarzem.
— No, jakże Adziu? nie chciałbyś tak z jaki rok biegać po tych górach; nauczyć się strzelać, jeździć konno, zamiast ślęczeć nad książkami? Patrz, jak tu ładnie!