Adzio objął dolinę spojrzeniem bladém, jak u chorego dziecka, i obojętném, jak zwykle u młodych chłopców, gdy idzie o piękności natury, których jeszcze nie pojmują; poczém rzekł nie przestając iść daléj.

— Jesteś bardzo dobrym, mój ojcze!

Genestasa dotknęła do żywego ta chorobliwa niedbałość i w milczeniu już odbył resztę drogi.

— Słownym jesteś, komendancie — zawołał Benassis podnosząc się z ławki, na któréj przed domem Gabryni siedział. Ale zobaczywszy Adzia, umilkł i usiadł napowrót, wpatrując się długo w jego bladą, zmęczoną twarz, któréj piękne, wschodnie rysy nie uszły jego uwagi. Chłopiec ten, żywy obraz matki, wziął po niéj cerę nieco oliwkową i cudne czarne oczy o melancholijném inteligentném wejrzeniu. Wszystkie cechy piękności żydowsko-polskiéj łączyły się w téj głowie, puklami czarnych włosów pokrytéj i nazbyt rozwiniętéj w stosunku do wątłego ciała, które ją podtrzymywało.

— Czy dobrze sypiasz, moje dziecko? — zapytał Benassis.

— Tak, panie.

— Pokaż mi kolana.

Adzio, rumieniąc się, odwiązał podwiązkę i pokazał kolano, które lekarz starannie obmacał.

— Dobrze. A teraz mów, krzycz, krzycz mocno.

Adzio zaczął krzyczéć.