— Nie mnie dziękujcie; zawdzięczacie te pieniądze panu Benassisowi.
Stara podniosła głowę i popatrzyła na Genestasa.
— Ach! — rzekła — choć on nam cały swój majątek zostawił i choć wszyscy jego dziedzicami jesteśmy, straciliśmy największe nasze bogactwo, bo on był błogosławieństwem tego kraju!
— Bądźcie zdrowi, matko! i módlcie się za niego — rzekł Genestas, uderzając z lekka dzieci szpicrutą.
Poczém wyszedł, odprowadzony przez starą i jéj drobiazg, dosiadł konia i pojechał daléj. Dostawszy się do miejsca, zkąd szeroka ścieżka wiodła pod górę ku domowi Gabryni, skręcił na nią, ale nie bez wielkiego niepokoju zobaczył, że drzwi i okiennice były pozamykane, jakby w domu pusto było zupełnie. Zawrócił więc znów na gościniec i tam spotkał starego wyrobnika Moreau, który szedł zwolna bez motyki ni żadnych innych narzędzi w świąteczném swém ubraniu.
— Dzień dobry, ojcze Moreau! — zawołał Genestas.
— Dzień dobry panu. A! coś mi się ochapia — rzekł stary po chwili milczenia. — Pan był przyjacielem świętéj pamięci naszego pana mera. Ot! czemu to Pan Bóg zamiast jego nie wziął do swojéj chwały takiego niedołęgi jak ja? Cóż ze mnie na świecie? Nic, a on tu był radością całego kantonu.
— Nie wiecie, mój ojcze, dlaczego nie ma nikogo u Gabryni?
Stary popatrzył w niebo.
— Która godzina, proszę pana? — zapytał. — Nie widać wcale słońca.