— Dziesiąta.
— Ha! to pewno poszła do kościoła albo na cmentarz. Chodzi tam codzień. Odziedziczyła po nim pięćset liwrów rocznie i dom na dożywocie, ale biedaczka o mało co nie zwaryuje z żalu.
— A wy, ojcze Moreau, gdzież to idziecie?
— Na pogrzeb Jasia, to był mój siostrzeniec. Biedactwo zmarło wczoraj. Ot tak! cherlało to, dopóki żył pan Benassis. Wszystko co młode umiera teraz — dodał Moreau wpół rubasznie wpół żałośnie.
Wjeżdżając do miasteczka, Genestas spotkał Gondrina i Goguelat’a uzbrojonych w motyki i szufle.
— No cóż! starzy kamraci! — krzyknął do nich — spotkało nas nieszczęście, straciliśmy go...
— To, to, mój oficerze! — odparł mrukliwie Goguelat — wiemy o tém dobrze. Idziemy po darninę na jego grób.
— Piękne to będzie życie do opowiadania — rzekł Genestas.
— Tak — odpowiedział Goguelat — to był, wyjąwszy bitwy, Napoleon naszéj doliny.
Przybywszy na probostwo, Genestas ujrzał przy drzwiach Butifera i Adzia rozmawiających z księdzem Janvier, który zapewne po odprawieniu mszy świętéj do siebie wracał. Jak tylko Butifer dostrzegł, że Genestas chce zsiadać, podbiegł przytrzymać mu konia, Adzio zaś skoczył na szyję ojcu, który choć wzruszony tym objawem przywiązania, nie dał tego poznać po sobie i rzekł tylko: