— Słuchaj — rzekł Petit-Claud — nie trzeba ufać i psu...
— Nie znasz go! — wykrzyknął Dawid. — Kolb to drugi ja.
— Godzisz się, abym go wziął na próbą?
— Dobrze — rzekł Séchard.
— Zatem do widzenia; racz powiedzieć pięknej pani Séchard, aby się potrudziła do mnie; pełnomocnictwo żony jest nieodzowne. I, mój drogi, nie zapominaj, że dach pali ci się nad głową — rzekł Petit-Claud, uprzedzając w ten sposób Dawida o wszystkich nieszczęściach prawnych, jakie miały się zwalić na niego.
„Jestem tedy jedną nogą w Burgundii, a drugą w Szampanii” — rzekł do siebie Petit-Claud, odprowadzając przyjaciela swego Dawida do drzwi kancelarii.
Dręczony kłopotami, jakie przynosi z sobą brak pieniędzy, zgryzotami, jakie mu sprawiał stan żony, podciętej haniebnym postępkiem Lucjana, Dawid szukał ciągle rozwiązania swego problemu; otóż, udając się do Petit-Clauda, żuł po drodze, przez roztargnienie, w ustach łodygę pokrzywy, którą włożył był do wody, aby dojść do jakiegoś sposobu moczenia łodyg przeznaczonych na materiał do wyrobu masy. Idąc przez ulicę, dosyć zadowolony z konferencji, znalazł w zębach kulkę miazgi, wziął ją na rękę, rozpłaszczył i ujrzał masę doskonalszą od wszystkich swych dotychczasowych kompozycji; główną bowiem ujemną stroną miazgi roślinnej jest brak spójności. Słoma, na przykład, daje papier łamiący się, jakby metaliczny i dźwięczny. Przypadki takie wchodzą w rękę jedynie śmiałym poszukiwaczom naturalnych przyczyn!
„Trzeba mi teraz — rzekł sobie — operację, której dokonałem w tej chwili bezwiednie, zastąpić działaniem machiny i czynnika chemicznego”.
Stanął przed żoną w upojeniu wiary i triumfu.
— Och, mój aniele, bądź bez obawy! — rzekł Dawid, widząc, że żona płakała. — Petit-Claud ręczy nam za spokój na kilka miesięcy. Wynikną z tego koszty, ale ostatecznie, jak powiedział mi na rozstaniu: „Każdy obywatel ma prawo kazać czekać wierzycielowi, byle w końcu zapłacił kapitał, procenty koszty!... Więc dobrze, zapłacimy”.