— Dobrze więc, bądź pan zatem jutro o wpół do piątej na placu du Mûrier — rzekł adwokat, podniecony tą wizją przyszłości — pogadam ze starym Séchardem i dobijemy spółki, w której ojciec i syn staną się łupem Cointetów.
W chwili gdy stary proboszcz z Marsac wspinał się do Angouléme, aby powiadomić Ewę o stanie brata, Dawid od jedenastu dni znajdował się ukryty o dwa domy od tego, który zacny kapłan właśnie opuścił.
Kiedy ksiądz Marron stanął na placu du Mûrier, zastał trzech ludzi — trzy typy godne uwagi, każdy w swoim rodzaju — którzy zaważyli całym swoim ciężarem na przyszłości i teraźniejszości biednego dobrowolnego więźnia: byli to stary Séchard, Wielki Cointet i chudy adwokacina. Trzej ludzie, trzy chciwości, ale trzy chciwości tak różne jak ludzie! Jeden gotów był przehandlować syna, drugi klienta, zaś Wielki Cointet kupował te wszystkie ohydy, kołysząc się nadzieją, że nic nie zapłaci. Było koło piątej; większość osób wracających na obiad zatrzymywała się, przyglądając się przez chwilę tym trzem ludziom.
— Co, u diaska, stary Séchard i Wielki Cointet mogą mieć sobie do powiedzenia?... — zastanawiali się najciekawsi.
— Chodzi zapewne o tego nieszczęśnika, który zostawia żonę, dziecko i teściową bez chleba — odpowiadano.
— Posyłajże tu dzieci na edukację do Paryża! — zawyrokował jeden z prowincjonalnych matadorów115.
— Ho, ho! Co ksiądz tutaj robi, księże proboszczu? — krzyknął winiarz, spostrzegłszy ojca Marrona.
— Przyszedłem tu w interesie pańskich najbliższych — odparł starzec.
— Znowu koncept mego synala!... — rzekł stary Séchard.
— Tak by pana niewiele kosztowało wrócić wszystkim szczęście — rzekł ksiądz, wskazując okno, z którego pani Séchard wychylała piękną główkę,