W tej chwili Ewa uspokajała krzyki dziecka, hojdając116 je na kolanach i nucąc mu piosenkę.
— Czy ksiądz przynosi nowiny od syna — rzekł ojciec — albo, co by więcej było warte, pieniądze?
— Nie — rzekł ksiądz Marron — przynoszę siostrze nowiny od brata.
— Lucjana?... — wykrzyknął Petit-Claud.
— Tak. Biedny chłopiec przybył z Paryża pieszo. Zastałem go u młynarza, umiera z wyczerpania i nędzy. Och, bardzo jest nieszczęśliwy!
Petit-Claud skłonił się księdzu i ujął Cointeta za ramię, mówiąc:
— Mamy być na obiedzie u pani de Senonches, czas się ubierać!...
I odszedłszy o dwa kroki, szepnął mu do ucha:
— Kiedy się chwyci młode, ma się niebawem i matkę. Mamy Dawida!...
— Ja wyswatałem ciebie, wyswatajże ty mnie — rzekł Wielki Cointet z nieszczerym uśmiechem.