— Bofiata pani, sze te zdemblofane babirgi...
— Niech się pan niczego nie obawia — rzekła hrabina.
— Ja zie nie opafiam nidżeko — odparł. — Bydam, dży de zdemblofane babirgi zbrafia bżyjemnoźdź bani tu Dilled?
— Och, tak — rzekła — odda jej pan taką usługę, jak gdybyś był jej ojcem...
— Parcom dety żdżeślify, sze moke sdadź zie jej na dzo. Bosłuchaj mojej musygi! — rzekł, zostawiając weksle na stole i rzucając się do pianina.
Już ręce tego anioła biegły po starych klawiszach, już spojrzenie jego sięgało nieba poprzez dachy, już najrozkoszniejsze melodie kwitły w powietrzu i wnikały do duszy; ale hrabina nie pozwoliła naiwnemu tłumaczowi rzeczy niebiańskich budzić drzewa i strun, jak czyni św. Cecylia Rafaela dla słuchających jej aniołów, dłużej niż czas potrzebny do osuszenia pisma: wsunęła weksle do zarękawka i ściągnęła swego rozpromienionego nauczyciela z nadobłocznych przestrzeni, w których bujał, kładąc mu rękę na ramieniu.
— Mój dobry Schmuke... — rzekła.
— Jusz! — wykrzyknął z bolesnym poddaniem. — Bo dzo pylo dety bżychocidź?
Nie szemrał, wyprostował się niby wierny pies, aby wysłuchać słów hrabiny.
— Mój dobry Schmuke — rzekła — idzie w tej sprawie o śmierć i o życie, każda minuta oszczędza krew i osusza łzy.