— Satże da żarna — rzekł. — Ić, ić, anjole, ozażadż łsy trukich! Fiec, sze pietny Zmuge lidży dfoja fisydę za fiędzej nisz rendę, gdórą ma ot dziepie!
— Zobaczymy się — rzekła — przyjdzie pan muzykować i zjeść ze mną obiad co niedzielę, jeżeli nie chcesz abym się pogniewała. Czekam pana w najbliższą niedzielę.
— Nabraftę?
— Proszę o to, a siostra z pewnością także umówi z panem jakiś dzień.
— Żdżeżdże moje dety pęcie subełne — rzekł. — Fityfalem fas pofiem dylgo na Bolach Elisejsgich, gietyżdzie bżejesztszały bofosem, parco szatgo!
Myśl ta osuszyła łzy, kręcące mu się w oczach. Ofiarował ramię pięknej uczennicy, która uczuła, jak serce starca bije gorączkowo.
— Myślał tedy mistrz o nas? — rzekła.
— Safże gięty jatłem chlip! — odparł. — Raz jag o moich toproziejgach, a bodem o bierfżych tfóch młodych ciefcządgach kotnych miłozdzi, jagie zbodgałem!
Hrabina nie śmiała już nic dodać: była w tym zdaniu jakaś nieprawdopodobna i pełna czci wierna religijna uroczystość. Ten pokój zadymiony i pełen ochłapów był świątynią zamieszkałą przez dwa bóstwa. Uczucie gromadziło się w nim z każdą chwilą, bez świadomości tych, które go budziły.
— Ten człowiek kocha nas szczerzę — pomyślała.