— Jest tu — rzekł Vandenesse — pewna teczka, od której klucza nigdy ci nie powierzono; listy muszą tam być.
— Daję słowo, intrygujesz mnie, wiesz rzecz, która niepokoiła mnie od kilku dni — rzekła Floryna, rzucając się do gabinetu, aby szukać teczki.
Vandenesse ujrzał, iż żona blednie pod maską. Pokój Floryny więcej powiadał o zażyłości aktorki i Natana, niż by pragnęła wiedzieć o tym idealna kochanka. Oko kobiety umie przeniknąć rzeczy tego rodzaju w jednej chwili; jakoż hrabina spostrzegła w pomieszaniu przyborów domowych najżywsze potwierdzenie tego, co jej mówił Vandenesse.
Floryna wróciła z teczką.
— Jak otworzyć? — rzekła.
Aktorka posłała do kuchni po wielki nóż, i, kiedy pokojówka go przyniosła, Floryna potrząsnęła nim w powietrzu, mówiąc szyderczo:
— Doskonale! Tym się zarzyna kurczęta!
Wykrzyknik ten, który przyprawił o drżenie hrabinę, wytłumaczył jej, jeszcze lepiej niż mąż poprzedniego dnia, głębie otchłani, w którą omal się nie stoczyła!
— Jakaż ja głupia! rzekła Floryna, brzytwa będzie lepsza.
Poszła po brzytwę, którą Natan dopiero co się golił, i przecięła fałdy safianu. Otworzyły się, ukazując listy Marii. Floryna wzięła jeden na los szczęścia.