Grandet zyskał w dwa miesiące dwanaście od stu od swoich kapitałów, oczyścił swoje rachunki i miał obecnie co pół roku zgarniać pięćdziesiąt tysięcy franków bez podatków i reparacji. Zrozumiał wreszcie rentę, lokatę, do której mieszkańcy prowincji żywią niezwyciężone uprzedzenie i widział się już za pięć lat panem kapitału sześciu milionów, rosnącego bez wszelkich kłopotów, który połączony z wartością jego posiadłości ziemskich utworzyłby olbrzymi majątek. Sześć franków dane Nanon były może ceną olbrzymiej usługi, jaką służąca, nie wiedząc o tym, oddała swemu panu.
— O! O! O! Gdzież to stary Grandet leci od rana, jakby się paliło? — powiadali sobie kupcy, otwierając sklepy.
Potem, kiedy go ujrzeli jak wraca z wybrzeża w towarzystwie posługacza pocztowego, wiozącego na wózku pełne worki, któryś rzekł:
— Woda idzie zawsze do rzeki, stary szedł do swoich talarów.
— Płyną do niego z Paryża, z Froidfond, z Holandii! — powiadał drugi.
— Kupi w końcu całe Saumur — wykrzyknął trzeci.
— Kpi sobie z mrozu, zawsze lata za interesami — mówiła jakaś kobieta do męża.
— Ha, ha, panie Grandet, gdyby panu było za ciężko — mówił kupiec sukienny, jego najbliższy sąsiad — mogę panu ulżyć.
— A ba, to groszaki — odparł winiarz.
— Srebrne — mruknął cicho poczciarz.