— Jeżeli chcesz, abym pamiętał o tobie, zamknij buzię na kłódkę — rzekł stary do posługacza, otwierając drzwi do swego domu.
„A, stary lis, myślałem że jest głuchy” — pomyślał posługacz. — „Zdaje się, że kiedy jest mróz, to on słyszy.”
— Masz tu dwadzieścia su na kolędę i sza! Zmykaj — rzekł Grandet. — Nanon odwiezie ci wózek. Nanon, czy dzierlatki są na mszy?
— Tak, proszę pana.
— No, dalej, do roboty — krzyknął, ładując na nią worki.
W jednej chwili przeniesiono talary do gabinetu, gdzie stary się zamknął.
— Kiedy śniadanie będzie gotowe, zapukasz w ścianę. Odwieź wózek na pocztę.
Rodzina jadła śniadanie aż o dziesiątej.
— Tutaj ojciec nie będzie chciał oglądać twojego złota — rzekła pani Grandet do córki, kiedy wracały z mszy. — Zresztą udawaj zmarzniętą. Potem będziemy może miały czas napełnić skarbczyk do dnia twoich urodzin...
Grandet zszedł z góry myśląc o tym, aby szybko przeobrazić paryskie talary na złoto i o swojej cudownej spekulacji na rencie. Miał zamiar tak samo lokować swoje dochody do chwili, gdy renta dojdzie ceny stu franków. Medytacja ta była fatalna dla Eugenii. Gdy tylko wszedł, obie kobiety życzyły mu nowego roku; córka — skacząc ojcu na szyję, pieszcząc go, a pani Grandet poważnie i z godnością.