— Ten interes musi być zły, skoro go nie możesz powiedzieć ojcu, panno Grandet.

— Jest wyborny, ale nie mogę go zwierzyć memu ojcu.

— Powiedz przynajmniej, kiedy oddałaś swoje złoto?

Eugenia poruszyła głową przecząco.

— Miałaś je jeszcze w dniu swoich urodzin?

Eugenia, która stała się równie chytra przez miłość jak ojciec nim był przez skąpstwo, powtórzyła ten sam ruch.

— Widział kto kiedy podobny upór i podobną kradzież — wołał Grandet głosem coraz silniejszym, stopniowo napełniając nim dom. — Jak to! Tu, w moim własnym domu, u mnie, ktoś wziął twoje złoto, jedyne złoto, które było w domu? I ja nie będę wiedział kto? Złoto to jest droga rzecz. Najuczciwsza dziewczyna może popełnić błąd, dać nie wiem co, to się widzi nawet w pańskich domach, nawet u mieszczan; ale dać złoto... bo ty je dałaś komuś, co?

Eugenia stała niewzruszona.

— Widział kto podobną dziewczynę! Czy ja jestem twoim ojcem? Jeżeli je ulokowałaś, musisz mieć kwit...

— Czy miałam prawo, powiedz, ojcze, zrobić z nim, co mi się podobało? Czy było moje?