— Ty jesteś dziecko.

— Pełnoletnie.

Oszołomiony logiką córki, Grandet zbladł, zatrząsł się, zaklął; po czym, odzyskując mowę, krzyknął:

— Przeklęte, złe dziewczysko. Ha, ty złe nasienie, wiesz, że cię kocham i nadużywasz tego. Zarzyna swego ojca! Do kroćset, tyś z pewnością rzuciła nasz majątek pod nogi tego golca, co to nosi buty z safianu. Kroćset fur beczek! Nie mogę cię wydziedziczyć, do stu kaduków, ale przeklinam ciebie, twego kuzyna i twoje dzieci. Nic z tego dobrego nie wyniknie, słyszysz? Jeżeli to Karolowi... Ale nie, to niemożliwe. Co! Ten fircyk miałby mnie ograbić?...

Popatrzył na córkę, która stała niema i zimna.

— Nie ruszy się, nie mrugnie, jest bardziej Grandetówna niż ja Grandet.

— Nie dałaś choć swego złota za nic, mam nadzieję. No, powiedz?

Eugenia zmierzyła ojca ironicznym spojrzeniem, które go wzburzyło.

— Eugenio, jesteś u mnie, jestem twoim ojcem. Jeżeli chcesz zostać w moim domu, powinnaś się poddać moim rozkazom. Księża nakazują ci słuchać mnie.

Eugenia pochyliła głowę.