— Czas leci, mościa panno. Co rok dwanaście miesięcy.
Stawiając z powrotem świecę, Grandet, który nigdy nie poniechał konceptu i powtarzał go do sytości, kiedy mu się zdawał zabawny, rzekł:
— Skoro to urodziny Eugenii, zapalmy świeczniki.
Zdjął starannie ramiona kandelabrów, włożył profitki, wziął od Nanon świeczkę owiniętą w papier, osadził ją w otworze, umocował, zapalił i usiadł koło żony, spoglądając kolejno na przyjaciół, na córkę i na dwie świece.
Ksiądz Cruchot, niewielki człeczyna, pulchny i tłusty, z rudą i płaską peruką, z twarzą wesołej starej kobietki, rzekł, wysuwając nogi obute w grube trzewiki ze srebrnymi klamrami:
— Czy państwo des Grassins jeszcze nie byli?
— Jeszcze nie — rzekł stary Grandet.
— Ale mają przyjść? — rzekł stary rejent, krzywiąc twarz podziurkowaną jak durszlak.
— Tak myślę — odparła pani Grandet.
— Winobranie skończone? — zwrócił się do Grandeta prezydent de Bonfons.