— Całkiem — odparł stary winiarz, wstając i przechadzając się po sali, przy czym wydymał pierś ruchem tak pełnym dumy, jak to słowo całkiem.

Przez drzwi korytarza, który prowadził do kuchni, ujrzał Wielką Nanon przy ogniu, gotującą się siąść do kołowrotka, aby się nie mieszać do zabawy.

— Nanon — rzekł, wychylając się na korytarz. — Zgaś ogień i światło i chodź tu do nas. Do kata, wystarczy przecież sali dla nas wszystkich.

— Ale państwo będą mieli gości.

— A cóżeś ty gorszego od nich? I oni są z żebra Adama, jak i ty.

Grandet podszedł do prezydenta i rzekł:

— Czy pan sprzedał swoje wino?

— Dalibóg nie, zachowam je dla siebie. Jeżeli teraz wino jest dobre, za dwa lata będzie jeszcze lepsze. Właściciele, wie pan o tym, przysięgli sobie utrzymać umówioną cenę: w tym roku Belgowie nie dadzą nam rady. Jeżeli odjadą, ano cóż, to wrócą.

— Tak, ale trzymajmy się dobrze — rzekł Grandet tonem, który przejął dreszczem prezydenta.

„Czyżby on pertraktował?” — pomyślał Cruchot.