— Mój dobry przyjacielu — odparł rejent. — Czyż ja nie znam swego rzemiosła?
— Więc to jest prawda! Mam być ograbiony, zdradzony, pożarty przez własną córkę?
— Dziedziczy po matce.
— Na co zdadzą się więc dzieci! Przecież ja kocham żonę. Szczęśliwie, ona jest trwała kobieta. Urodzona La Bertellière.
— Nie ma ani miesiąca życia.
Bednarz uderzył się w czoło, uszedł kilka kroków, wrócił i obejmując rejenta przerażającym spojrzeniem, rzekł:
— Co począć?
— Eugenia będzie mogła po prostu zrzec się spadku po matce. Nie chcesz jej pan wydziedziczyć, prawda? Ale, aby uzyskać tego rodzaju podział, nie trzeba jej gnębić. To, co ja ci tu mówię, mój stary, to jest przeciw memu interesowi. Cóż ja mam innego do roboty?... Likwidacje, inwentarze, sprzedaże, podziały...
— Zobaczymy, zobaczymy. Nie mówmy już o tym, Cruchot. Targasz mi wnętrzności. Czy dostałeś złoto?
— Nie, ale mam kilka starych ludwików, ot, z dziesięć, dam ci je. Mój przyjacielu, pogódź się z Eugenią. Widzisz, całe Saumur jest przeciw tobie.