— Głupcy!

— No, no, renta jest po dziewięćdziesiąt dziewięć. Bądźże choć jeden raz zadowolony w życiu.

— Po dziewięćdziesiąt dziewięć?

— Tak.

— He, he, dziewięćdziesiąt dziewięć! — rzekł stary, odprowadzając rejenta do bramy. Następnie, zbyt wzruszony tym, co usłyszał, aby móc wysiedzieć w domu, poszedł do żony i rzekł:

— Słuchaj, stara, możesz spędzić dzień z córką; ja jadę do Froidfond. Zabawcie się. To dzień naszego ślubu, żoneczko, ot, masz swoich dziesięć talarów na ołtarz na Boże Ciało. Od dawna już marzyłaś o tym ołtarzu, uciesz się. Bawcie się, bądźcie wesołe, miejcie się dobrze. Niech żyje wesołość!...

Rzucił dziesięć dubeltowych talarów na łóżko i ujął żonę za głowę, aby ją ucałować w czoło.

— I co, żonusiu, lepiej się masz, prawda?

— Jak możesz myśleć o tym, aby przyjąć w domu miłosiernego Boga, skoro wypędzasz córkę ze swego serca?... — rzekła wzruszona.

— Ta ta ta ta! — rzekł ojciec miękko. — Zobaczymy jeszcze.