— Miłosierdzie niebios! Eugenio! — krzyknęła matka, czerwieniąc się z radości. — Chodź uściskać ojca, przebacza ci.

Ale stary znikł. Umykał, co miał sił, do swojej winnicy, starając się uporządkować wzburzone myśli.

Grandet zaczynał wówczas siedemdziesiąty szósty rok życia. Od dwóch lat zwłaszcza skąpstwo jego wzrosło, tak jak rosną wszystkie trwałe namiętności człowieka. W myśl spostrzeżenia dokonanego na skąpcach, na ludziach ambitnych, na wszystkich, których życie wypełnione jest jedną myślą, uczucie jego czepiło się szczególnie jednego symbolu swej namiętności. Widok złota, posiadanie złota stało się jego monomanią. Jego despotyzm wzrósł w proporcji do jego skąpstwa: oddać zarząd bodaj najmniejszej cząstki swoich dóbr po śmierci żony, to wydawało mu się czymś przeciw naturze. Zdradzić córce stan swego majątku, sporządzić inwentarz ruchomości i nieruchomości, wystawić je na licytację?...

— To już lepiej poderżnąć sobie gardło! — mówił głośno, chodząc po winnicy i oglądając szczepy.

Wreszcie powziął postanowienie; wrócił do Saumur w porze obiadu, zdecydowany ugiąć się przed Eugenią, ugłaskać ją, upieścić, aby móc umrzeć po królewsku, dzierżąc do ostatniego tchnienia wodze swoich milionów. W chwili gdy stary, który przypadkowo wziął klucz od bramy, szedł cicho po schodach, aby zajść do żony, Eugenia przyniosła do łóżka matki piękny neseser. W nieobecności Grandeta czyniły sobie tę przyjemność, aby oglądać portret Karola w rysach jego matki.

— Zupełnie jak jego czoło, jego usta — mówiła Eugenia w chwili, gdy winiarz otworzył drzwi.

Widząc spojrzenie, jakim mąż objął złoto, pani Grandet wykrzyknęła:

— Boże! zlituj się nad nami!

Stary skoczył na neseser, jak tygrys skacze na uśpione dziecko.

— Co to jest takiego — rzekł, unosząc skarb i siadając przy oknie. — Dobre złoto, złoto! — wykrzyknął. — Dużo złota! to waży ze dwa funty. Ha, ha! Karol ci to dał w zamian za twoje dukaty. Hę, czemuś mi tego nie powiedziała? Jesteś moją córką, poznaję cię.