Eugenia drżała na całym ciele.
— To Karola, prawda? — ciągnął stary.
— Tak, ojcze, to nie moje. To święty depozyt.
— Ta ta ta! Zabrał ci twój majątek, trzeba ci odrobić twój skarbczyk.
— Ojcze?...
Stary chciał wziąć nóż, aby podważyć złotą blachę i musiał postawić neseser na krześle. Eugenia rzuciła się, aby go schwycić, ale bednarz, który równocześnie miał oko na córkę i na szkatułkę, odepchnął ją tak silnie, że upadła na łóżko matki.
— Mężu, mężu! — krzyczała matka, podnosząc się na łóżku.
Grandet wyjął nóż i chciał podważyć złoto.
— Ojcze! — krzyknęła Eugenia, padając na kolana i czołgając się do starca ze złożonymi rękami. — Ojcze, na imię wszystkich świętych i Matki najświętszej, na imię Chrystusa, który umarł na krzyżu, ojcze, na moje życie, nie tykaj tego! Ta szkatułka nie jest ani twoja, ani moja, należy do nieszczęśliwego krewniaka, który mi ją powierzył i muszę ją oddać nienaruszoną.
— Czemuś ją oglądała, skoro to depozyt? Oglądać to więcej niż dotykać.