— Zabierz je, ojcze, potrzeba nam jedynie twej czułości.

— No więc dobrze — rzekł, chowając dukaty do kieszeni. — Żyjmy jak dobrzy przyjaciele. Zejdźmy wszyscy do sali na obiad; po obiedzie zagramy w loteryjkę po dwa su. Bawmy się. Co, żonusiu?

— Niestety, chciałabym, skoro ci to może zrobić przyjemność — rzekła umierająca — ale nie mogę wstać.

— Biedna mama — rzekł bednarz. — Ty nie wiesz, jak ja cię kocham. I ciebie, córuś!

Uściskał ją, przytulił.

— Och, jak to dobrze uściskać swoją córkę po sprzeczce. Moja córuchna! O, patrz, mamula, jesteśmy teraz wszyscy troje niby jedno serce. Schowajże to — rzekł do Eugenii, pokazując szkatułkę. — No, nie bój się. Już nie będę ci o tym wspominał, nigdy.

Pan Bergerin, najsławniejszy lekarz w Saumur, przybył niebawem. Ukończywszy badanie oświadczył wyraźnie panu Grandet, że z żoną jego jest bardzo źle, ale że zupełny spokój, lekka dieta i troskliwe starania mogłyby odsunąć śmierć do końca jesieni.

— Czy to będzie drogo kosztowało? — spytał stary. — Czy wiele lekarstw?

— Mało lekarstw, ale dużo starań — odparł lekarz, który nie mógł wstrzymać uśmiechu.

— Słowem, panie Bergerin — odparł Grandet. — Pan jest człowiek honoru, nieprawdaż? Zdaję się na pana; niech pan odwiedza żonę tyle razy, ile pan uzna za stosowne. Niech mi pan zachowa moją dobrą żoneczkę, kocham ją bardzo, widzi pan, choć tego nie znać; bo u mnie wszystko odbywa się wewnątrz, w głębi duszy. Gryzie mnie to. Zgryzota weszła w mój dom ze śmiercią mego brata, dla którego wydaję w Paryżu istne sumy... ostatnią żyłę z siebie wypruwam i nie ma temu końca. Do widzenia panu, jeśli da się ocalić moją żonę, niech ją pan ocali, gdyby nawet trzeba było wydać na to sto albo dwieście franków.