— Panienka zrobiłaby na pewno to, co mówi — krzyknęła Nanon. — Niechże pan będzie rozsądny, przynajmniej raz w życiu.

Bednarz patrzył na przemian chwilę na złoto i na córkę. Pani Grandet zemdlała.

— No i co, widzi pan, drogi panie, nasza pani umiera! — krzyknęła Nanon.

— Masz, dziecko, nie kłóćmy się o szkatułkę. Bierzże — krzyknął żywo bednarz, rzucając neseser na łóżko. — A ty, Nanon, leć po doktora Bergerin.

— No, mamo — rzekł, całując żonę w rękę. — To nic, nic, już się pogodziliśmy. Prawda, córuchno? Już nie będzie suchego chleba, będziesz jadła co ci się spodoba. A, otwiera oczy. No i co, mamo, mamusiu, mamusieczko, no! O, patrz, całuję Eugenię. Kocha swego kuzyna, wyjdzie za niego, jeżeli zechce, przechowa mu jego szkatułkę. Ale żyj długo, moja dobra żono. No, porusz się. Słuchaj, będziesz miała najpiękniejszy ołtarz, jaki kiedykolwiek wysztyftowano w Saumur.

— Mój Boże, jak ty możesz tak traktować żonę i córkę — rzekła słabym głosem pani Grandet.

— Już nie będę nigdy — krzyknął bednarz. — Zobaczysz, żoneczko.

Poszedł do gabinetu i wrócił z garścią dukatów, które rozsypał na łóżku.

— Masz, Geńciu, masz, żonusiu — rzekł, bawiąc się dukatami. — No, rozchmurz się, moja żono, miej się dobrze, nie będzie ci brakowało nic ani Eugenii. Te sto dukatów to dla niej. Nie oddasz ich, Eugenio, tym razem, prawda?

Pani Grandet i córka patrzyły na siebie zdumione.