— Nawzajem obwieszczamy sobie nasze małżeństwa — rzekł.
— A, pan zaślubia Eugenię. Ślicznie, bardzo jestem rad z tego, to zacna dziewczyna. Ale — podjął, olśniony nagłą myślą — ona musi być bogata?
— Miała — odparł prezydent jowialnie — blisko dziewiętnaście milionów cztery dni temu; ale dziś ma tylko siedemnaście.
Karol spojrzał na prezydenta osłupiały.
— Siedemnaście... mil...
— Siedemnaście milionów, tak, proszę pana. Pobrawszy się, będziemy oboje posiadali razem z panną Grandet siedemset pięćdziesiąt tysięcy franków renty.
— Drogi kuzynie — rzekł Karol, odzyskując nieco swobody. — Będziemy mogli popierać się wzajem.
— Zgoda — rzekł prezydent. — Oto jeszcze mała szkatułka, którą mam również oddać tylko panu — dodał, kładąc na stole puzdro, w którym był neseser.
— No i co, drogi zięciu — rzekła margrabina d’Aubrion, która weszła, nie zwracając uwagi na pana Cruchot. — Nie zważaj na to, co ci nagadał stary d’Aubrion, któremu znowuż księżna de Chaulieu zawróciła głowę. Powtarzam ci, nic nie przeszkodzi twemu małżeństwu...
— Nic, pani — rzekł Karol. — Trzy miliony, które był dłużny mój ojciec, spłacono wczoraj.