— Możecie państwo jeść — rzekła Nanon, która zbiegła na dół po cztery schody. — Dziecko śpi jak aniołek. Jaki on ładniusi z zamkniętymi oczami! Weszłam, zawołałam go! Aha, nic a nic.
— Daj mu spać — rzekł Grandet. — Obudzi się zawsze dość wcześnie, aby usłyszeć złe nowiny.
— Co się takiego stało? — spytała Eugenia, kładąc do kawy dwa maleńkie kawałki cukru, jakie stary lubił sam rąbać w wolnych chwilach. Pani Grandet, która nie odważyła się zadać tego pytania, spojrzała na męża.
— Ojciec jego strzelił sobie w łeb.
— Stryj?... — spytała Eugenia.
— Biedny chłopiec! — wykrzyknęła pani Grandet.
— Tak, biedny — odparł Grandet. — Nie ma ani grosza.
— Ba, śpi, jakby był królem całego świata — rzekła Nanon tkliwie.
Eugenia przestała jeść. Serce się jej ścisnęło, tak jak się ściska serce, kiedy po raz pierwszy współczucie obudzone nieszczęściem kochanego człowieka rozleje się po całym ciele kobiety. Biedna dziewczyna zapłakała.
— Nie znałaś stryja, po co płaczesz? — rzekł ojciec, rzucając jej spojrzenie zgłodniałego tygrysa, jakim patrzył z pewnością na swoje kupy złota.