— Ależ proszę pana — rzekła służąca — któż by się nie litował nad biednym chłopczyną, który śpi jak zabity, nie znając swego losu?

— Nie mówię do ciebie, Nanon, trzymaj język za zębami.

Eugenia zrozumiała w tej chwili, że kochająca kobieta powinna zawsze skrywać swoje uczucia. Nie odpowiedziała.

— Aż do mego powrotu, mam nadzieję, żono, że nie powiesz mu o niczym — dodał starzec. — Wrócę w południe na drugie śniadanie i pomówię z bratankiem o jego interesach. Co do ciebie, moja panno, jeżeli z powodu tego cacusia płaczesz, możesz sobie tego oszczędzić. Pojedzie w te pędy do Indii, nie zobaczysz go już...

Ojciec wziął rękawiczki, włożył je ze zwykłym spokojem, obciągnął je na palcach i wyszedł.

— Och, mamo, duszę się — wykrzyknęła Eugenia, znalazłszy się sama z matką. — Nigdy w życiu tak nie cierpiałam.

Pani Grandet, widząc, że córka blednie, otworzyła okno i dała jej odetchnąć powietrzem.

— Lepiej mi — rzekła Eugenia po chwili.

To nerwowe wzruszenie w naturze dotąd na pozór chłodnej i spokojnej oddziałało na panią Grandet, która spojrzała na córkę z ową sympatyczną intuicją, jaką obdarzone są matki wobec przedmiotu swojej czułości. Zrozumiała wszystko. Bo też w istocie życie słynnych węgierskich sióstr, spojonych ze sobą przez omyłkę przyrody, nie było bliższe niż życie Eugenii i jej matki, wciąż razem przy tym oknie i razem w kościele, i oddychających we śnie tym samym powietrzem.

— Moje biedne dziecko! — rzekła pani Grandet, biorąc głowę Eugenii i tuląc ją do piersi.