Na te słowa córka podniosła głowę, zwróciła na matkę pytające spojrzenie, zbadała jej tajemne myśli i rzekła:

— Po co go wysyłać do Indii? Jeżeli jest nieszczęśliwy, czyż nie powinien zostać tutaj, czyż nie jest naszym najbliższym krewnym?

— Tak dziecko, to byłoby bardzo naturalne, ale ojciec ma swoje racje, musimy je uszanować.

Matka i córka usiadły w milczeniu jedna na swoim wysokim fotelu, druga na krzesełku; obie podjęły swoje robótki. Zdjęta wdzięcznością dla tej cudownej inteligencji serca, jaką okazała matka, Eugenia ucałowała jej rękę, mówiąc:

— Jaka ty jesteś dobra, droga mamo.

Te słowa rozpromieniły starą twarz matczyną, zwiędłą od długiej boleści.

— Podobał ci się? — spytała Eugenia.

Pani Grandet odpowiedziała jedynie uśmiechem; po czym, po chwili milczenia, rzekła po cichu:

— Czyżbyś go już kochała? To byłoby niedobrze.

— Niedobrze? — odparła Eugenia. — Czemu? Podoba się tobie, podoba się Nanon, czemuż mnie nie miałby się podobać? Wiesz, mamo, nakryjmy mu do śniadania.