Ściskała go tak, że Grandet, którego sumienie dręczyło trochę, uczuł się niemal zawstydzony.

— Czy dużo czasu trzeba, aby zebrać milion? — spytała.

— Ba — rzekł bednarz. — Wiesz, co to złoty napoleon? No więc trzeba takich pięćdziesiąt tysięcy, żeby zrobić milion.

— Mamo, odprawimy nowennę na jego intencję.

— Myślałam o tym — rzekła matka.

— Właśnie! Wciąż wyrzucać pieniądze! — wykrzyknął ojciec. — Czy wy myślicie, że tu w tym domu przelewają się tysiące?

W tej chwili głucha skarga, posępniejsza od wszystkich innych, rozległa się na poddaszu i ścięła lękiem Eugenię i jej matkę.

— Nanon, idź zobacz na górę, czy on się nie zabija — rzekł Grandet. — No, no — dodał, obracając się do żony i córki, które pobladły. — Żadnych głupstw, hę? Zostawiam was. Muszę przypilnować trochę naszych Holendrów, którzy dziś jadą. Potem pójdę do rejenta Cruchot pogadać z nim o tym wszystkim.

Wyszedł. Gdy tylko Grandet zamknął drzwi, Eugenia i jej matka odetchnęły swobodniej. Przed tym dniem nigdy Eugenia nie czuła przymusu w obecności ojca, ale od kilku godzin uczucia, myśli, wszystko się w niej przeobrażało.

— Mamo, za ile ludwików sprzedaje się beczkę wina?